Okres późny

Charlotta i Ken mieli po sześćdziesiąt pięć lat i byli z te­go dumni. Całe lata przeglądali atlas Stanów Zjednoczo­nych, żeby ustalić przyszłą całoroczną trasę wędrówki, któ­rą zamierzali podjąć, kiedy będą już na emeryturze. Kilka lat wcześniej kupili używany samochód winnebago z przy­czepą mieszkalną i sami wyposażyli wnętrze jak najmniej­szym kosztem. Za sześć miesięcy wyruszą w podróż. Kupili telefon komórkowy, żeby ich dorosłe dzieci miały z nimi stały kontakt. Osiemdziesięciopięcioletnia matka Charlotty, od lat przebywała w domu opieki z pełną obsługą. Była tam bezpieczna, wszystko dobrze się składało – żadnych obaw, żadnego poczucia winy, żadnego strachu! Pewnego dnia odezwał się telefon. Dzwonili z domu opieki, że matka Charlotty miała wylew i trzeba ją zabrać, bo teraz wymaga takiej pielęgnacji, której tam nie można jej zapewnić. Po­winna znaleźć się w zakładzie specjalistycznym. Po jakimś czasie smutek ustąpił miejsca rzeczywistości. Koszty poby­tu matki w domu opieki opłacała kasa chorych, i choć moż­na było przenieść tę płatność na specjalistyczny zakład, okazało się, że aby umieścić matkę w dobrym miejscu, trze­ba zapłacić bardzo wysokie wpisowe. Chodziło o dziesiątki tysięcy dolarów – wszystkie pieniądze oszczędzone na pod­róż po kraju. Charlotta i Ken wpadli w panikę, widząc, jak rozwiewa się ich marzenie.

Ken tak o tym opowiada:

?Charlotta całkiem się załamała, odkąd jej mat­ka miała ten atak. Histerycznie usiłuje znaleźć dobry zakład i całym godzinami przegląda ulotki, oferty i broszury. Wszystkie te domy są mniej więcej takie same, nie widzę, w czym problem. Ale jej nic nie pasuje, a czasu jest coraz mniej.

Zaczęła krzyczeć na mnie o każdy drobiazg… a później wręcz mnie obwiniać, że nie oszczę­dziłem tyle pieniędzy, by wystarczyło na takie przypadki jak teraz. Nagle okazało się, iż jestem marnotrawcą! Rozwścieczyła mnie też jej sios­tra, która mieszka w Arizonie i nie ruszyła pal­cem, żeby cokolwiek zrobić i pomóc Charlotcie podjąć jakąś decyzję… co z oczu, to z serca. Po­wiedziałem Charlotcie, że jeśli jej siostra i szwa­gier nie wyasygnują trochę pieniędzy, żeby po­móc, to ja nie dam nic… Niech się kasa chorych martwi!”.

Stres i lęki zagościły w domu Kena i Charlotty. Po­nieważ obecnie tak wielu z nas żyje dłużej, idziemy na emeryturę, a nasi starzy rodzice też jeszcze żyją i wyma­gają opieki. Jest to bardzo trudna sytuacja, ale równocześ­nie bardzo powszechna. Dla małżeństw w rodzaju Charlotty i Kena, którzy byli tak sprzymierzeni w chęci realizacji swojego wspólnego marzenia, wynikające z niej napięcie jest nie do wytrzymania. Ken widzi, jak znika jego sen o szerokich, otwartych przestrzeniach za okna­mi samochodu i niespiesznej jeździe przez kraj jak długi i szeroki. Było dla niego szokiem, kiedy się okazało, że Charlotta nie myślała o tym w taki sposób jak on. A prze­cież oboje marzyli o tej podróży. Dla Charlotty decyzja Kena w sprawie pieniędzy oznaczała coś w rodzaju porzu­cenia przez niego jej i jej matki. Poczuła się rozdarta między lojalnością wobec matki a własnymi marzeniami i przymierzem z Kenem. Od dawna nie wydarzyło się nic, co wystawiłoby na próbę ich jedność. Jeśli porównać ich z innymi małżeństwami z właściwej im grupy społecznej, wydawałoby się, że ich życie było bardzo podporządkowa­ne idei królewskiego ?My” i oczywistemu przymierzu.

Wyobraźmy sobie, że można żyć razem przez czterdzieści dwa lata i aż do teraz nie przejść żadnego testu, który sprawdziłby siłę tego przymierza. Oni po prostu wyszli z wprawy!

Ken czuł się zdradzony przez Charlottę i wściekał się na jej siostrę. Charlotta była w rozpaczy i nie miała poję­cia, co wyrządza Kenowi i swojemu małżeństwu. Potrafiła myśleć tylko o jednym i szukać najdoskonalszego domu opieki. Od tak dawna już nie byli na przeciwległych biegu­nach, że Ken nie miał pojęcia, jak sobie poradzić z żoną. Umiał tylko grzmieć na jej siostrę. Charlotta uważała, iż on nie rozumie, w jakiej sytuacji znalazła się jej matka, i myśli tylko o pieniądzach.

Małżonkowie oskarżali się nawzajem. Charlotta miała pretensje do Kena, że nie oszczędził wystarczająco dużej sumy pieniędzy. Ken winił Charlottę za to, że tak ?histe­rycznie” podchodzi do całej sprawy i gotowa jest poświęcić ich podróż, a siostrę Charlotty potępiał za nieudzielenie pomocy. Oskarżenia są narzędziem oporu, gdyż na tyle zbliżają nas do prawdy, że rozwiązanie znajduje się w zasięgu ręki. Ale jednocześnie odwracają uwagę od prawdziwego zadania: połączenia się i wspólnego rozwią­zania problemu.

Kiedy Ken i Charlotta wreszcie (z pomocą terapeuty) zdecydowali się spokojnie porozmawiać, podjęli próbę spojrzenia na swoje zachowania pod nieco innym kątem. Najbardziej widoczny był smutek, który oboje odczuwali. Ken przeżywał chorobę teściowej, ale przede wszystkim żałował długo wyczekiwanej podróży, którą tak bardzo chciał odbyć z żoną. Charlotta cierpiała z powodu podró­ży, ale przede wszystkim martwiła się o sparaliżowaną matkę. Każde z nich zastępowało swój smutek pełnymi złości słowami i gniewnym, wynikającym z frustracji za­chowaniem. Kiedy zrozumieli, że każde z nich doznało straty, potrafili zdobyć się w stosunku do siebie na odrobi­nę empatii.

Poradzono im, by nie starali się samodzielnie opanować sytuacji – na co Ken odparł, że od siostry Charlotty nie mają żadnej pomocy. Charlotta oczywiście zaczęła bronić siostry przed atakiem Kena (klasyczna pozorna niezgoda, jeśli w ogóle można mówić o niezgodzie). Następnie była sugestia, żeby nieco poszerzyli krąg osób, które mogłyby pomóc – być może oprócz siostry Charlotty jacyś inni członkowie rodziny chcieliby się włączyć. No, a co z ich dziećmi? Jak dotąd nie zwrócili się jeszcze do swoich dzie­ci (wszystkie były dorosłe, po trzydziestce i po czterdziest­ce) i nie spytali, czy one nie mogłyby pomóc zająć się bab­cią. Nie było im łatwo zwrócić się z tym do dzieci. Zawsze sami im pomagali, a nie odwrotnie. Jednakże w takim przy­padku jak ten jedynym sposobem poradzenia sobie jest po­łączenie się i działanie jak rodzina. Ostatecznie oboje uznali, że: 1. Mają prawo do realizacji swojego marzenia; 2. W tym trudnym momencie wykorzystają prawo do wsparcia ze strony rodziny.

Po rozmowie z dziećmi okazało się, że sytuacja rozwiąza­ła się nawet lepiej, niż myśleli. Jedna z ich synowych miała przyjaciółkę, której ojciec pracował w doskonałym domu opieki. Obiecała, że zapyta, czy przyjęliby tam babcię. Wpi­sowe w Virginii było o wiele niższe niż w domach, które brali pod uwagę. Trochę się martwili, że dom opieki jest aż w Virginii, ale i tak przez cały następny rok mieli podróżo­wać, a ich syn i synowa mieszkali niedaleko. Mogli więc często odwiedzać babcię i zadbać, by jej niczego nie brako­wało. Wpłata wpisowego oznaczała, że wymarzoną podróż trzeba będzie skrócić o sześć tygodni, ale w ostatecznym rozrachunku była to niewielka cena za to, czego oboje prag­nęli – za doskonałą opiekę dla matki Charlotty i wspaniałą włóczęgę po kraju.

Nie ma jednej cudownej recepty na poradzenie sobie z tą ostatnią fazą wpływu rodziców na nasze małżeństwo. Można jednak możliwie jak najbardziej zmniejszyć napięcie wynika­jące z powinności rodziny wobec rodziny. Aby uzyskać pełną korzyść ze związku z rodzicami, ze współmałżonkiem i z dziećmi konieczne jest ponoszenie ofiar. Przy czym ofia­ry takie wzbogacają, wystawiają na próbę i wzmacniają wię­zi rodzinne, choć jak zwykle trzeba mieć na uwadze, jaka jest różnica między poświęceniem się dla rodziny a poświęce­niem swojego małżeństwa. Kiedy o tym pamiętamy, satys­fakcjonujące radzenie sobie z wpływem, jaki powinności rodzinne wywierają na nasze małżeństwo, jest celem jak naj­bardziej możliwym do osiągnięcia.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.