Okres średni

?Między młotem a kowadłem” – tak określiła swoje po­łożenie Sybil, pracująca w niepełnym wymiarze czasu se­kretarka i matka trójki dzieci, kiedy mówiła o tym po raz pierwszy z twarzą zalaną łzami. Czuła się kompletnie zagu­biona:

?Jestem u kresu wytrzymałości. Mam trójkę dzie­ci w wieku: dwanaście, dziewięć i siedem lat i pra­cuję cztery przedpołudnia w tygodniu jako sekre­tarka w ich szkole. Już z samymi tylko dziećmi jest mnóstwo pracy, możesz sobie wyobrazić, jak wygląda mój dzień. Praczka, szofer, pielęgniarka, wieczorem pomoc przy pracach domowych, ku­charka, pomywaczka i wychowawczyni. Mąż pra­cuje niemal od rana do wieczora. Nie mogę na niego narzekać; to szczęście, że ma takie stanowi­sko. Ale to oznacza, iż niewiele mi pomaga, ra­czej tylko w weekendy. Teraz jego ojciec zamiesz­kał z nami, jestem wykończona. Teściowa zmarła niedawno i teść nie bardzo sobie radził sam, więc mąż zasugerował, żeby zamieszkał u nas w gościn­nym pokoju na parterze. Urządziliśmy mu małą kuchenkę, aby czuł się niezależny. Kiedy się spro­wadził, uświadomiłam sobie, że wymaga więcej uwagi, niż się spodziewałam. Przychodzi na górę, szukając towarzystwa – większość posiłków jada z nami – i wtrąca swoje opinie na temat mojego gotowania, dyscypliny dzieci i żąda, by go obwo­zić po mieście, bo ma tam ?sprawy” do załatwie­nia. Męża przeważnie nie ma w domu, kiedy to się wszystko odbywa. W zeszłym tygodniu straci­łam panowanie i zaczęłam krzyczeć na teścia. Po­tem czułam się okropnie. Chciałam, by Dennis coś z tym zrobił, ale on uważa, że wszystko się sa­mo ułoży. Jestem na niego wściekła. Nie mam na nic czasu i zawsze czuję się rozdarta, co mam ro­bić… rzucić wszystko i zająć się ojcem Dennisa czy też zajmować się domem i dziećmi”.

Sybil jest doskonałym przykładem osoby żyjącej w kla­sycznej ?kanapce pokoleniowej”. Choć przez wieki dorosłe dzieci opiekowały się swoimi starymi rodzicami, obecne pokolenia najczęściej muszą godzić opiekę nad rodzicami z troską o dom i małe dzieci. Małżonkowie zwlekają z de­cyzją o powiększeniu rodziny, gdyż kobiety pracują i budu­ją swoją karierę, często odwlekając macierzyństwo aż do wieku około trzydziestu lat. Mając więc czterdziestkę, pra­cują i wychowują małe dzieci, a jednocześnie starają się sprostać obowiązkom wobec starzejących się rodziców. W ten sposób wiele małżeństw musi sobie radzić z powin­nościami wobec obu końców rodzinnego kontinuum. Zbyt często niewiele uwagi poświęca się napięciom w małżeń­stwie, gdyż oboje każdego dnia pędzą bez tchu, starając się jakoś przeżyć i sprostać wymaganiom, jakie stawia przed nimi ich przepełnione obowiązkami życie.

Kiedy Sybil udało się wreszcie porozmawiać z mężem, zgodził się z nią, że problem rzeczywiście istnieje, ale nadal uważał, iż wszystko się samo ułoży. Sybil, rozczaro­wana odpowiedzią, zażądała więcej czasu na rozmowę. Nie była usatysfakcjonowana brakiem jakiegokolwiek roz­wiązania, choć osiągnęli obopólną zgodę, że pojawił się problem. Dwa tygodnie później, podczas następnego ?wal­nego zebrania”, postanowili wykorzystać ?małżeńskie zwierciadło”. Sybil zobaczyła w nim rodzinę oddanych żon i matek, które wiecznie zmagały się z ciężarem ponad siły. Ujrzała babkę, imigrantkę, z całych sił poświęcającą się pracy. Była samowystarczalna i nie prosiła nikogo o po­moc – być może wiedząc, że inni są zbyt zapracowani, by mogli cokolwiek dla niej zrobić. Matka Sybil nie tylko po­magała mężowi w firmie handlującej zasłonami, ale także opiekowała się swoim ojcem, kiedy zmarła matka. Ojciec Sybil był uroczym, ale ogromnie zajętym człowiekiem, któ­ry przychodził do domu wyczerpany po całym dniu pracy. Mimo to jej dom był pełen śmiechu i panowała atmosfera koleżeństwa i miłości. Kiedy jej rodzice nie zgadzali się w czymś, zwykle na ten temat żartowali i jakoś udawało im się znaleźć porozumienie. Sybil uświadomiła sobie, że by­ła niemal dorosła, kiedy dziadek zamieszkał w ich domu. Natomiast własne dzieci są jeszcze małe, więc teraz sytu­acja jest całkiem inna.

Dennis ujrzał w zwierciadle podobną, lecz mniej sympa­tyczną sytuację rodzinną. Oboje rodzice ciężko pracowali i byli oddani rodzinie, lecz nie stwarzali zbyt wielu możli­wości dyskusji. Ojciec często był niekomunikatywny i mat­ka szybko przestała go o cokolwiek prosić. Raczej nie sto­sowano żartobliwych połajanek, które bywają sposobem na nawiązanie dyskusji i przyciągnięcie uwagi do tego, co chce się powiedzieć. Milczenie i motto ?samo się ułoży” to dwie rzeczy, które zapamiętał z rodzinnego klimatu.

Sybil i Dennis nadal nie potrafili się porozumieć. Sybil nie umiała naśladować sposobu bycia swoich rodziców, dzięki któremu udawało im się porozumieć i wzajemnie so­bie pomagać, Dennis zaś czuł się przytłoczony panującym w jego domu brakiem umiejętności porozumiewania się i zdawał sobie sprawę, że przejął tę słabość. Jednakże za­wsze jest nadzieja, jeśli uda się osiągnąć obopólną zgodę, a ci małżonkowie byli w stanie uzgodnić kilka rzeczy. Po pierwsze, oboje pochodzili z rodzin, w których oczekiwano wypełniania rodzinnych obowiązków i dźwigania nałożo­nych ciężarów. Po drugie, w żadnej z tych rodzin nie zwra­cano się bezpośrednio o pomoc. Po trzecie, ich rodziny nig­dy nie znalazły się w sytuacji, kiedy musiały łączyć opiekę nad starymi rodzicami i małymi dziećmi. Ich obecna sytu­acja była odmienna, więc istniała możliwość znalezienia dla niej nowego, innego rozwiązania. Można powiedzieć, że łą­cząc się w odmienności, znaleźli jedność, której przedtem nie mieli.

Zgodzili się przełamać rodzinne szablony i otwarcie roz­mawiać na temat ojca Dennisa i sytuacji Sybil. Zgodzili się, że muszą znaleźć sposób, żeby zmniejszyć dodatkowe obcią­żenie, jakie na nią spadło. Postanowili odbywać co tydzień ?walne zebrania”, aż do momentu, kiedy znajdą rozwiąza­nie. Mijały tygodnie i jak większość małżeństw ciągle wynaj­dowali rozmaite przeszkody, utrudniające podejście tych rozmów. Dopiero kiedy nastąpił kryzys, mogli dokonać ja­kiejś zmiany. Pewnego popołudnia Sybil przyjechała z pracy do domu, obładowana zakupami, z siedmioletnim synem, którego właśnie odebrała ze szkoły, bo miał gorączkę. W tym momencie jej teść wszedł na górę i poprosił, by za­wiozła go do biblioteki, ponieważ chciałby pożyczyć sobie nowe książki. Sybil nie wytrzymała. Czy on nie widzi, że dziecko jest chore, w kuchni pełno nierozpakowanych zaku­pów, w pralni czekają trzy pełne prania i ona nie może na­wet zacząć myśleć o tym, czego jemu potrzeba?! Zgodnie z tradycją swojej rodziny ojciec Dennisa milcząc zszedł na dół. Sybil była wściekła, nie tylko na siebie, ale i na teścia, że nie był w stanie zobaczyć, co się wokół niego dzieje.

Ten incydent sprawił, że dopadła Dennisa w chwili, kiedy wszedł w drzwi, i powiedziała: ?Dziś albo nigdy… albo to roz­wiążemy, albo wyląduję w domu wariatów”. Kiedy wszyscy już spali, małżonkowie zaczęli rozmawiać. Stało się jasne, że ojciec Dennisa wykazywał postawę gościa, a nie członka ro­dziny. Wprawdzie zawsze ciężko pracował, ale kiedy wracał do domu, trzeba się było o niego troszczyć. Tak nie mogło być, jeśli teraz miał z nimi mieszkać. Jednocześnie oboje uświadomili sobie, że Sybil musi mieć jakąś pomoc. W koń­cu Dennis zrozumiał, iż też musi przejąć część opieki nad oj­cem. Postanowili, że rozejrzą się za jakąś organizacją senio­rów, która codziennie dowozi starsze osoby do biblioteki i innych miejsc. Ponadto ustalili, że przydzielą ojcu konkret­ne zadania, dzięki którym Sybil będzie miała mniej pracy. Musieli jednak znaleźć coś takiego, co nie będzie dla ojca zbyt stresujące. Oboje zdali sobie też sprawę, że muszą tro­chę czasu spędzać razem, by odświeżyć swoje małżeństwo i móc otwarcie się komunikować. Nie ustalili, kto będzie rzecznikiem rodziny, mieli porozmawiać z ojcem oboje.

W trakcie rozmowy powiedzieli mu, jak bardzo są za­dowoleni, że mieszka z nimi, gdyż dzięki temu i oni, i dzie­ci mają go na co dzień (rozpoczęli rozmowę od podkreśle­nia, jak ważną jest dla nich osobą). Następnie objaśnili, że obojgu im ciężko jest radzić sobie z dziećmi, domem i pracą. Zapytali, czy nie mógłby jakoś pomóc, gdyż prawie zawsze jest na miejscu i ma trochę wolnego czasu. Po czym, podkreślając, jak ważną częścią rodziny się stał, po­prosili, czy nie mógłby zrobić dla nich dwóch rzeczy: 1. Od czasu do czasu przypilnować dwunastolatka, kiedy do młodszych dzieci przyjdzie opiekunka, żeby Dennis i Sybil mogli mieć wolny wieczór; 2. Pomóc układać i rozpakowy­wać produkty, kiedy Sybil przywozi cotygodniowe zakupy. Ku ich wielkiemu zaskoczeniu ojciec był zachwycony. Od dawna miał poczucie winy, że ich wykorzystuje, i nie wie­dział, jak ofiarować swoją pomoc (stąd te ?sugestie” na te­mat tego, jak Sybil powinna robić to czy tamto). Na koniec dorzucili, że nawiązali kontakt z organizacją seniorów i dowiedzieli się, iż dwa razy w tygodniu udostępniają oni mikrobus, który zawozi starszych ludzi do miasta, by mogli pozałatwiać swoje sprawy. Jednym z przystanków jest bi­blioteka. Zasugerowali, żeby czasem korzystał z tej możli­wości dojazdu, kiedy Sybil będzie zbyt zajęta, żeby go zawieźć. Z początku zaprotestował, gdyż nie chciał zali­czać się do tych ?starych ludzi”, ale kiedy Dennis i Sybil przedstawili sprawę jako pomoc dla rodziny, zgodził się spróbować.

Był to skromny początek, lecz odtąd udawało im się bar­dziej otwarcie komunikować zarówno ze sobą nawzajem, jak i z ojcem Dennisa. A co najważniejsze, oni oboje znaleźli wspólny język i nauczyli się rozmawiać o sytuacji w swojej ro­dzinie i małżeństwie. Przestali się sprzeczać, a Sybil poczuła się w końcu wspierana i wysłuchana przez Dennisa! Był to krok ku wypełnianiu rodzinnych powinności bez poświęca­nia na ich rzecz małżeństwa.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.